zostane trudniej zbywalnym zasobem, co cieszy, babilon docenil moje rzemioslo, a i w ekipie 6 osob jest konkretny rozwoj, weryfikacja i troche otwieraja ci sie oczy po 6 latach freelancingu bez feedbacku (czytaj: powielanie bledow), slowem mowiac poczulem sie jak real pro :)
ogolnie praca w babilonie momentami jest jak zwiedzanie muzeum z zywymi egzotycznymi okazami, mowie o tych wszystkich korporacyjnych cwelach, ktorych widuje, ich styl wozenia sie: gajerki, krawaty i zawsze na wierzchu na szyi smycz z nazwa korporacji, ktora ich przecwelila, plus ich mentalnosc. gdy mijam ich w kuchni to jest zwykle tak ze albo oni, albo ja mowie ze 2 zdania, po czym gadka sie urywa tak jakby probowal sie dogadac aborygen z eskimosem, i dobrze, i chuj.
no ale wczoraj byla okazja poznac blizej zywy okaz – spotkalem go raz, chodzilismy do szkoly sredniej, wzial numer i jak zadzwonil drugi raz jakos mu nie odmowilem w imie starej znajomosci, wiecie, co nie. poza tym mielismy w planach z narzeczona (my # 1 forever! i to nie tak forewer jak łu tang czy cos, heheh), mielismy isc na ruffsoundz jukej garydż najt wiec mialem piekna perspektywe pokazania temu znajomemu troche normalnego zycia i pobujania przy porwanych bitach z moja ukochana. niestety cos totalnie zdupilismy bo okazalo sie ze ten garaż najt to byl wczoraj no i po jednym „piwku” przy stoliku kolega od bankowosci korporacyjnej (typ standardowy-szarak-cicha-woda, wakacje kuba albo kenia, koszula elegantsza w ukosne paseczki, zrenice wyjebane chyba od koksu) zaproponowal ze pokaze nam, uwaga, „inny swiat”. heh, od razu mowie ze mnie nie wpuszcza, nie ma bata, ale chodzcie chodzcie, ok, idziemy, bandzia oczywiscie dla bananow, paletaja sie kurwiszcze i kolesie rozpaczliwie probujacy w sobote zapomniec o swojej samotnosci, hajs, spocone czola, kolekcjonowanie numerow telefonow, przeplacone drinki, wieje taniocha na maksa rozumisz, taka przeplacona taniocha, ale zanim co to najpierw oczywiscie nie chca mnie wpuscic za wyglad, co jest dla mnie pokrzepiajace, wiecej w sumie nie ma co opowiadac bo naprawde przykro mi i szkoda tych ludzi z, jak to nazwal korporacyjny kolega, „innego swiata”, ale na koniec zostawilem piekny punchline z tekstu, ktory Kaja zapodala temu bramkarzowi co mnie nie chcial wpuscic, szlo jakos tak: „popatrz na siebie jak ty wygadasz, ciebie by tu w zyciu nie wpuscili cwelu, to masz tak na przyszlosc”. hahaha koles normalnie odpadl i niezle z tego byly deski, a swoja droga to moja kobieta potrafi sie za mna wstawic, SZACUN!