maras blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2002

cause you cant you wont and you dont stop
w doskonaleniu techniki pomogl mi ten wers na desce rzadziej uderzam po brejku i jest max wyjeb, teraz jezdze do konca jakies 6 mil non stop w dol a do domu zawsze mam pod gorke, headlamp, walkman i blety to podstawowy ekwipment do powrotow, yo

okay, przeprowadzilem sie i teraz mieszkam tutaj, miejscowka przypomnia hotel panorama z ‚lsnienia’ (ten hotel naprawde istnieje i jest polozony niedaleko stad). w dol do miasta prowadzi 3-milowa sciezka rowerowa, ktora codziennie robie na desce, cholernie szybka jazda. praca nad no more prisons sie przedluza z braku stalego dostepu do komputera, wiem ze niektorzy czekaja i sie wkurzaja, niektorzy zdazyli juz lyknac ksiazke w oryginale, sorry nic nie pomoge pomimo szczerych checi, wzmocnionych niezaspokojonym uzaleznieniem od sieci. no dobra, moge obiecac, ze za tydzien bedzie dizajn, pierwszy odcinek i [mozliwe ze rowniez] wstep od autora.
mieszkam sam, co mi sluzy, obmyslam wszystko po kolei bez obciazen, wykladam laske na rzeczy nieistotne, wszystko mi sie klaruje, master plan jest gotowy.

next round

3 komentarzy

dobra dzisiaj sie odcinam i biore za to gowno:

nomoreprisblogpl.JPG

dizajny poszly wpizdu i juz widze te wszystkie wkurwione komentarze, no co, w sumie lubilem wyglad swojego ale sie juz prosil o jakis redesign latwo przyszlo latwo poszlo ;))

::::::::::

6 komentarzy

na sniadanie kupilem dzisiaj bagla i donuta zjadlem oba i mysle what da fuck te podstepne freudowskie triki kaza mi kupowac jedzenie z dziurami

audiogalaxy zdelegalizowane fuck ostatniego legalnego dnia zdazylem sciagnac the private press bez trzech ostatnich numerow i trzy pierwsze kawalki z muzyki klasycznej chlopaki jak ktorys z was ma ta ostatnia plyte + troche wolnego bandwidhtu to walcie na maila, oferuje wdziecznosc + obiecuje po powrocie do domu wsparcie rodzimego przemyslu plytowego

co do koncertow w colorado to tego samego dnia – 21 lipca sa dwa koncerty – tool w denver i dj shadow w boulder, lykam shadowa bo lato za gorace na ciezkie granie

czekam na zawodnika co by wyskoczyl 1-1 w basket – bez powodzenia – tutaj rzadzi baseball wiec na fotkach tylko ja bez obroncow jak larry bird bez boston celtix:

basket5.JPG

I feel like a winner when I give you this link>>>>>

banner1.GIF

inbox pusty, sciagnalem winampa, ‚thats what i get’ NIN i ‚scratch’ morphine, tyle co do mojej sytuacji osobistej ;)) teraz sse nowego shadowa, ktory ma wejsc do sklepow za tydzien.
ide pod prysznic bo przez 3 dni praktycznie bez przerwy siedzialem nad dizajnem mex/guate_2002 i jestem nieswiezy. potem wrzuce cos zaleglego z podrozy…

ok, jestem oczyszczony wiec lecimy:

MARAZM A KWESTIA ZYDOWSKA.

to bylo jakies 2 tygodnie temu, nie pamietam dokladnie, przyjechalismy do antigua w gwatemali, siedlismy na placu centralnym, wypilsmy browara (gwatemalskie gallo litro ktore smakiem przypomina polskiego browca), potem znalezlismy jakis pokoj, troche sie przespalismy i wieczorem poszlismy na placowe, bo z dobrze poinformowanego zrodla wiedzielismy ze maja tu dobra la mote. bujamy po parque central, jest dosc pozno i nic, pozniej przez godzine klasyczne przebitki z jarmusha: siedzimy, plaimy fajki na schodach, wymieniamy uwagi, jemy.
podchodzi do nas usmiechnieta laska, ktora do zludzenia przypomina mi moja ex-ex-ex przyjaciolke, i jest tez dobrze poinformowana o tutejszej la mocie, wiec mamy ten sam problem, pada zwyczajowe pytanie where you from? -polska, -izrael, idziemy poszukac, krecimy sie troche, ale jest pozno i nic, w koncu spotykamy kolesi, mowia ze trzeba kawalek isc, justa zostaje, ja z x-x-x (nie pamietam imienia wiec niech zostanie x-x-x) idziemy, pozniej okazuje sie, ze trzeba jechac autobusem, ryzykujemy, i za 20 minut mamy 5 gietow owinietych w gazete. do centrum mamy z pol godziny drogi, bo autobusy juz nie kursuja, zaczyna padac, x-x-x opowiada historie, ja opowiadam historie, gadamy o antysemityzmie w moim kraju, ktorego ona doswiadczyla bo byla w polsce na objezdzie obozow koncentracyjnych, zgadzamy sie, jest ok i po chwili jestesmy z powrotem w centrum, cali zmoknieci. x-x-x kupuje butelke wody mineralnej, bo lubi palic z bonga, spoko laska, mysle, wbijamy sie do jej pokoju, bong, opowiada nam o o co chodzi w kibutzach, pytamy o wojsko – w izraelu obowiazkowe takze dla lasek (2 lata), wlasnie stamtad wyszla, ale nie podziela naszej opinii, ze kostaryka to fajniejsze panstwo, bo nie maja ani jednego zolnieza. znowu buch-buch, laska pali najwiecej z nas wszystkich i sie rozkreca, nawijka dalej o izraelu i calym gownie, ktore sie tam teraz dzieje, no i docieramy do tematu religii, temat jak temat; mowie zwyczajny i najbardziej oczywisty truizm ze wszystkie religie sa podobne i maja po tyle samo racji, i wtym momencie ona robi cos, co totalnie zbija mnie i J z tropu – zapala jej sie w oczach iskra szalenstwa i mowi powaznie: to nieprawda, nie wszystke religie sa dobre. jesli pierwsza zasada naszej religii jest szanowanie zycia, a islam kaze zabijac cudzoloznice, to to nie jest dobra religia. hmmmm, nigdy nie kloce sie na tematy religijne, to prowadzi do nikad, wiec niech mowi dalej… poza tym zbyt dobrze zdaje sobie sprawe z antysemityzmu w polsce i tym bardziej zakladam sobie cos w rodzaju filtra, autocenzury na to, co mowie czy pisze, bo wiadomo, trzeba dawac dobry przyklad. no ale jak widze, ze ktos jest nazolem, to ciezko nie nazwac rzeczy po imieniu. wiec dalej neutralnie slucham zydowskiej nazistki pozwalajac jej sie samej wykonczyc, a ona rozwija skrzydla nawijajac o tym, jak ekstremalnie jest tolerancyjna (‚ja do was nic nie mam, nawet pomimo ze jestescie polaczki’), jak to ona studiowala inne religie, ile o nich wie, napierdala mi jakimis totalnie powykrecanymi quasi-cytatami z biblii i przewija te uczone wywody smiesznymi historyjkami o tym zabawnym matkojebcy jezusie, ktory ciagle bakal i troche inaczej zinterpretowal prawo zydowskie, albo o jej dziadku, ktory na wojnie z egiptem tez caly czas bakal i w sumie dobrze sie bawil. J zadaje punktujace pytanie ‚a gdzie studiowalas religie?’, ona mowi ze studiowala duzo z wlasnej woli bo chciala sie dowiedzec o innych religiach, ale za chwile zmienia temat, bo oczywistym jest, ze uczyla sie o tym w wojsku i ma nabity leb propaganda. sluchamy jeszcze troche i koncyzmy ten wieczor wychodzac na ulice myslac: jak tu to wszystko pozbierac do kupy i nie generalizowac? spotkalismy wczesniej innych zydow, jest ich bardzo duzo podrozujacych po ameryce srodkowej, zwykle sa po studiach, kumaci i wogle cool, troche bardziej hermetyczni od innych, to wszystko. ale ta laska pokazala nam buracka, nie-internacjonalna czesc izraela, wyglada ona tak, ze rodzisz sie w kraju, ktory jest w stanie wiecznej wojny z arabami, w gazecie co jakis czas widzisz ofiary zamachow bombowych, twoj rzad probuje cie na to przygotowac i robi ci wode z mozgu swoja propaganda antychrzescijansko-muzulmanska (x-x-x bardzo podkreslala swoja odrebnosc od nas, co bylo kosmosem – zobaczyc ta roznice kulturowa, pierwszy raz naprawde poczulem europejskosc), zabiera cie na wycieczki do auschwitz, potem bierze cie na 2 lata lub wiecej do wojska, gdzie na poczatku ci sie nie podoba, bo trzeba sluchac rozkazow, ale pozniej zapoznajesz sie z ziomkami i mozesz sie nawet uczyc o otaczajacym cie wrogim niedobrym swiecie i jest naprawde superancko!! minimal napisal kiedys na zamknietym juz blog.org.pl mocno osadzony w historii esej, ktorego teza brzmiala mniej wiecej: po 50 latach bycia ofiarami minionego holocaustu, izrael zamienia sie w oprawce. right on bro. ja w ogole nie jestem osadzony w polityce ani historii, wiec nie chce stwierdzac autorytatywnie, moje zdanie: konflikt w palestynie jest obustronny: szalency z bombami pod koszula przeciwko agresywnej ofensywie hajtekowej armii.

czy mozna nie byc antysemita a jednoczesnie byc antyizraelita?

board2.JPG

powrocilem z jaskin jazda byla hc, z pionowa wspinaczka pod gore podziemnego strumienia, zjazdem na linie 30 metrow w dol, zjazdowa na plecach po glinie i przeciskaniu sie przez waskie przesmyki. dziwnie ogladac flaki ziemi. poza tym rocky mountain high, gdy wyszedlem na powierzchnie kupilem dlugiego longboarda gravity 46″, sztywny, z zakrzywianymi lekko krawedziami bocznymi dzieki ktorym mozna robic zakrety na 2 kolkach, ksztalt bez wciec oplywowy z obcietym tylem. troche poruszalem sie w przerwie przed siedzeniem przed kompem. na to wyglada, ze jutro skoncze skladanie kompilacji z meksyku i gwatemali wiec najpozniej pojutrze link do dobrego webartu, moze najpozniej popojutrze bo nie moge reczyc za swoj popierdolony perfekcjonizm kazacy mi po 10 razy zmieniac stajle, alignmenty i inne bzdety. ogladam to co juz zrobilem i uzywajac okreslenia kufla.com (whassup my man;)) mam nadzieje ze sie zesraja w gacie.

poza tym wszystkim obejrzalem najepszy film tego roku bez przesady. training day smierdzial tania gra rasowa (szczegolnie scena w ktorej ten bialy gogo – zapomnialem-nazwiska-hetan-awk – wbija sie do south central i cala scena jest pokazana jak jakies jebane inferno, czyli kolejny obrazek z serii uprzedzenia amerykanow – wejdz na 5 minut do getta i cie zabija.), a koncowka jebala zenada jak jakis kretynski horrorszol. no wiec wracajac do #1 tego roku, to ALI rozlozyl mnie na lopatki w kazdej rundzie po kilka razy. 2 miesiace temu pisalem o when we were kings tym razem historia jest fabularna. wiec oskar idzie na pierwszy ogien dla kolesia od zdjec – genialne jazdy focusem, kadrowaniem, kontrastem. sceny walk sa ciosem na punkt. will smith, mysle se, ta ciota z men in black, on ma grac muhhamada?!? koles stanal na ringu bez zadnej wtopy, z wysunieta szczeka, pojebana piescio-gestykulacja i pyskata geba przypominal muhhamada-zabij-go-ali. film do tego pokazuje kawalek historii czarnych i genialnie oddaje klimat epoki. do tego dodaj dobrze dobrana muze i do widzenia.

eyo

Brak komentarzy

eyo caly dzien dzisiaj i wczoraj siedzialem nad designem, tekstem i fotami, mam juz to poskladane, wiec czekajcie na linke…zaraz jade z majkiem lazic po jaskiniach z noclegiem w gorach, bedzie hc i nie wracam do srody

no i jestem w denver po 2 dniach jazdy autobusami non stop (2 skoki – 22 godziny mex city – chichuahua i po pol godziny przerwy nastepna jazda chih-denver [21 h]), jazda na stopa okazala sie niekonieczna, bo znalazlem sponsora – karte na subkonto mojej rodzicielki Heni.

leze na trawie w parku, jestem przeziebiony i pociagam nosem – meksykanskie autobusy sa klimatyzowane, a kierowcy maja tendencje do przegiec – jak jest klima to niech bedzie calkiem zimno, jak puszczaja muze to pekaja bebenki. w ostatnim autobusie poznalem victora z l. a., mial super akcent jak ten meks z shafta, 14 lat temu byl ze swoja kapela w warszawie jako support dla napalm death. jak powiedzial, jest biznesmenem, ma w chih 2 sklepy z plytami (sam hardcore), poza tym 2 razy w tygodniu szmugluje marihuane do stanow – dzisiaj wiozl ziola za 12 patykow, czysty biz jak mowi, i do tego wlasny – wczesniej byl mechanikiem i zarabial 33$ na godzine, ale nie ma to jak byc wlasnym szefem, jako mechanik samochodowy wyczail dobre schowki w autobusie. vic ma dobre serce i na moj katar dal mi grude bialego proszku, faktycznie pomaga – drogi oddechowe mam czyste jak lza ;))

za 5 godzin mam ostatni autobus do fraser, jak tam dojade najpierw zasne i tak zostanie na jakas dobe, pozniej biore sie za design i tlumaczenie nomoreprisons.blog.pl, kompilacje foty+teksty z podrozy i ogladanie finalow nba. jest 7 czerwca (wszystkiego najlepszego bart), zostaly mi 2 miesiace w stanach, sprobuje sie wbic do san fran, potem n.y. (gdzie umawiam sie na basket z upskim wimsattem), potem do domu, a dalsza swietlana przyszlosc jawi mi sie jazda na stopa z longboardem pod pacha do belgii, niemiec i hiszpanii.


  • RSS