maras blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2002

znowuszybkiwpis rizla+rizla+rizla to prawda ze medium wplywa na przekaz szczegolnie gwatemalski drogi internet wymusza u mnie napierdalanie w klawiature bez uzywania backspejsa jak spontaniczna proza pedalow bitnikow flow jak fideel castro na koksie, ale niee stary teraz jest spokoj ta dziwka jest niedobra jesli wiesz jade na kawie i frytkach od sponsora tego wpisu macdonalda ..

ps.> jak u barta juz jakis czas temu xiega gosci poszla wpizdu.

TEN WPIS czytacie dzieki uprzejmosci sieci McDonald´s, ktora w Gwatemali udostepnia po 3 i-MAki w kazdej restauracji i to jest naprawde fajne, gdyz po kilkudniowej orgii narkotyczno-kulinarnej w San Pedro stan naszych finansow ulegl dramatycznemu uszczerbkowi, zostal tydzien a kasy jest w chuj malo, w gwatemali jeszcze spoko da sie jakos przebejowac., ale nie wyobrazam se nocki w parku w mexico city… tak, czy inaczej, trzeba oszczedzac wiec wpisy na blogu beda za darmo z macdonaldow, a galerie (jedna duza) zrobie po powrocie do stanow. jestesmy w przereklamowanym Antigua, w chuj amerykanskich turystow i drogo, spadamy stad jutro do jakichs wiosek gdzie sie nocuje za 5 quetzalow, nie cierpie pilnowac topniejacej gotowy a nigdy sie mnie ona nie trzyma.

dzisiaj pelnia ksiezyca i z tej okazji kroi sie duza biba z didzejka, co w takim zadupiu przypomina mi o klimatach goa i tego, jak zaczela sie ta muza – banda freakow sprowadzajaca sprzet i imprezujaca w jakichs kosmosach nieznanych szerszej publicznosci. napotykam tu duzo zbiegow okolicznosci, np. spotkalem jedna laske z anglii, ktorych rodzice mieszkaja w moim miescie (jelenia gora), i jednego pacjenta, ktory przez 3 lata mieszkal we fraser, colorado – moim ostatnim stalym miejscu pobytu w stanach, ktore ma chyba ze 3 tysiace mieszkancow, niezly fuks. jest tu jeden kanadyjczyk, lat ok. 70, chodzi po wsi z kijem, na ktorym sie wspiera i sprzedaje space cookies. ciastka to jak pamietam najlepszy narkotyk, jakiego w zyciu sprobowalem wiec odpierdalam dzisiaj w kosmos przy pelnym xiezycu. poza tym wlasnie znalazlem kafejke z internetem, gdzie da rady zrzucic foty wiec jutro sie pofatyguje i bedzie jakas wieksza galeria, karta pamieci jest juz pelna. jak tata prosil, bedzie wiecej portretow, ale teraz i tak inaczej wygladam, bo mialem jedna zejsciowe i mam podrapana cala szyje i fejsa – madrala dr. H. (ejcz :P) dwa wpisy ponizej przestrzega przed naduzywaniem grzybow i w nastepna noc plynie tak, ze jego towarzyszke budzi rzezenie w nocy – co to? a to marazm lezy fejsem w dol w lazience i normalnie prawie zchodzi.

zaczne od tego, ze trafilismy do san pedro na sam poczatek zimy. brzmi groznie, ale pociaga za soba wilgotna i ciepla pogode. niebo jest przykryte chmurami, slonce zachodzi o siodmej, a zachodzi dziwnie, bo na raz dwa trzy w 15 minut bylo-jasno-i-jest-ciemno.

no wiec przyjechalismy na poczatku zimy do san pedro, znalezlismy nocleg za 2 $, rozejrzelismy sie troche dookola, usiedlismy na schodach nad jeziorem i J mowi: chwila moment, co nie? -wlasnie, o co chodzi i gdzie my sa? – mowie ja.

egzotyke tego miejsca ciezko opisac, a jeszcze ciezej oddac ja na fotografii czy wideo. po pierwsze nie ma mapy san pedro, bo system orientacji jest bardzo prosty i w mikroskali (bo s. p. to duza wies) jest identyczny z tym w nowym jorku, poza dwiema ulicami dla samochodow wyglada to tak ze stoja domy i pomiedzy nimi sa mniej wiecej prosopadle sciezki i kawalki dzungli. ludzie – ludzie slonca – mowia wspolczesna odmiana maya, ktora dla mojego laickiego ucha brzmi jak hebrajski. turystyka to biznes jak kazdy inny, a lokalne zycie toczy sie swoim torem i to byl dla nasz najwiekszy kosmos: to surrealne miejsce, ktore przez bariere jezykowa ogladamy jak w akwarium, ma swoje zycie, inne od naszego, co robi z nas jakichs totalnych dziwakow, ktorych desanty zrzucane sa na brzeg w celu podgladania zycia w san pedro. patrzymy subiektywnym okiem na to nierealne miejsce z jeziorem z jednej strony i wulkanami ze szczytami pochowanymi w chmurach, a granica pomiedzy tym, co jest a co sie wydaje jest plynna i nieautorytatywna. siedzilismy wczoraj na dachu i gdy pokazal sie ksiezyc poplynelismy ze to wcale nia ksiezyc, tylko slonce zasloniete wulkanicznym pylem. na moment przekonalem sie ze tak jest.

ale to dalej nie oddaje tego, jak tu jest, ostatnia proba: jak w obozie kurtza z ‚czasu apokalipsy’. duszno, monumentalnie, mokro, mroczno, dziko. lepiej? robie lepsze foty i krece lepsze ujecia, niebawem jakis zrzut.

DROGA zawsze dokads prowadzi, nie tylko doslownie – podroznik nigdy nie jest taki sam po dotarciu do celu, droga go zmienia i odkrywa przed nim jakas prawde. jak w tripach psychedelicznych – zadaj sobie pytanie, a dotrzesz do odpowiedzi. dziwne, dlaczego tak rzadko zadaje sobie konkretne, wazne pytanie (a zrobienie tego kroku jest wiecej niz polowa sukcesu)?. moze dlatego, ze boje sie odpowiedzi? czasem prawda nie jest przyjemna, no ale w koncu do niej docieram.

jesli chodzi o fizyczne przemieszczanie sie, dotarlem do Panajachel polozonego nad jeziorem Atitlan, za godzine poplyniemy lodzia na druga strone jeziora do San Pedro lezacego u stop wulkanu, wszystko na 3000 metrow. jest pora deszczowa, wiec nawiazujac do psychodelii, to bedzie okazja tez do tych podrozy, na dzien dobry w hostelu spotkalem wczoraj jednego klienta, mowi do mnie: ‚moj znajomy wrocil wlasnie z gor, przyniosl wiadro swierzych grzybow, zjadlem 5, mniam’, inny opowiedzial mi ze jadl grzyby codziennie przez 3 miesiace i wyladowal na rok w psychiatryku, a teraz moze wciagac tylko alkohol, spidy i koks. nie wiem jak mozna sie tak katowac – moj zloty srodek to trip raz na pol roku albo rok, wtedy to ma cos z introspekcji i rozmowy ze soba, dokads prowadzi, ale codziennie? nie zalecam.

pozdrawiam, dr helman

nie pamietam, co jedlismy, chyba normalne rzeczy takie jak wszyscy, no i tym bardziej dziwie sie jak znalezlismy sie w srodku szuflandii jako jedyni wystepujacy w king sajzie. zaczelo sie od wbity do knajpy, jeb! wale czolem w futryne, ale ok, mam 195 cm i zdarzalo sie. prowadza nas na pieterko – jakies 3 stoliki zmieszczone na powierzchni stolu do ping ponga, wchodze do kibla – zeby sie odlac musialem zrobic tak: stopy na ziemi z tylu, biodra z przodu, glowa do tylu i troche w lewo. wyskakuje stamtad cudem suchy i zamawiam jakies jedzenie, polo-kokty nie mieli. jemy, placimy minikelnerce i spadamy z jakims westchnieniem ulgi. dobra, bierzemy minibusa, zeby sie dostac na dworzec. podjezdza mini-minibus i do srodka laduje sie normalnie ze 20 osob. po drodze dosiada sie jeszcze z 10. potem autobus – taki kurnik z siedzeniami na 2 osoby, patrze i nie, pieciosobowa rodzina wbija sie na jedno siedzenie, a z tylu jest pelno wolnych miejsc. dziwne. wysiadamy, po drodze targ z bananami i takimi tam, na ktorym jest uliczka z plachtami chroniacymi od deszczu, gdzie zginam sie w pol i odkrywam inny poziom, blizej ziemi, przytulnie i mniej wieje.

zycie na targu w Xela i jego otoczeniu wyglada jak stwierdzila J jak w sredniowieczu – totalny syf, bloto, psy, smieci, dookola masa autobusow ziejacych czarnymi spalinami, posrodku tego ludzie jedzacy, ludzie spiacy, ludzie czekajacy nie wiadomo na co, wszystko bardzo kolorowe, dookola wulkany i bardzo nisko zawieszone, olowiane niebo.

zakupilem na targu troche robakow do jedzenia – wygladaja jak duze-duze mrowki, smakuja jak prazone orzeszki pomieszane z kalem, takie sobie, zjadlem dwa i poszedlem kilka stoisk dalej, gdzie nabylem super glue, zalalem nim mrowki w celu zaimportowania w nienaruszonym stanie do kraju. pozostale gadzety to masc w stylu naszego (znaczy wietnamskiego) tygryska, tyle ze nazywa sie swojsko ¨666¨ oraz czarna koszulka z lumpeksu ze stylowym designem a la lata trzydzieste. sweet and stupid.

NO i druga runda sie kreci – wlasnie wjechalismy do Gwatemali, przystanelismy w pierwszym wiekszym miescie za granica z Meksykiem, (nazwa nie do powtorzenia) sprawdzic poczte i cos zjesc, klimat xiezycowy, chmury spalin, klima tropikalna, potezne gory i my w chicken busie pomiedzy nimi. lonely planet przydaje sie tylko ze wzgledu na mapy, ktore wyrywam i chowam do kieszeni – reszty dowiaduje sie od spotkanych ludzi, niektorzy totalnie zakreceni jak jedna laska z Oregonu, bez grosza, przy tym 100% pozytywu, spiewa, zalapuje sie na wszystko i jest dla mnie wspolczesna Emily Dickinson. ekipa z ostatniej mety (zydzi, kanadyjczycy, anglicy) jedziemy (osobno) nad jezioro Atitlan, out out out.

<h2>

I´ll sniff the wind and find some way

</h2>

pomimo, ze jest off-season, to w czwartek knajpy z muza na zywo nie byly puste tak, ze zostalo akurat troche miejsca na body movin¨. z tego, co do tej pory zalapalem to ogolnie najwieksza schiza w calym meksyku jest na ska i reggae – wszedzie flagi z Bobem odpalajacym boñka, ludzie bardzo zywiolowi i bawia sie na maksa, znaja wszystkie teksty, kelnerzy maja niepojety system nie obslugiwania stolikow, tylko stojacych i tanczacych ludzi, co na zatloczonej bibie dla mie (ex-kelnera z pewnym doswiadczeniem) jest niepojete. na scenie bandy rasta, ska i momentami lekko punkowo, co dobrze pasuje do miejsca bo caly czas jestesmy w chiapas, gdzie na ulicach zobaczyc mozna plakaty z przekazami w stylu ¨george bush to terrorysta¨, ¨nie dla ludobojstwa w palestynie¨, ¨wolnosc dla rdzennej ludnosci chiapas¨ itd. przy calym tym fermencie polaczonym z dobrym wajbem rani mie zamilowanie tutejszych i nietutejszych do plastikowej elektroniki i hc techno z berlina z ciezkim bitem bum – bum – bum – bumbumbum, ktory przystaje czasami na soloweczke pitupitupit pit pitupitupit. wody do ognia dolewaja takie rozmowy:

- czesc staary, skad jestes?
- z polski
- wow, super, ja z australii, ja pierdole, probowales tutaj koki kurwa staaary musisz kurwa sprobowac jest zajebista wiesz ja juz probowalem wczesniej koki ale kurwa tutaj to jest total wogle nie zeniona czysciutka w pizde koka staaary kurwa wez se sprobuj koke
- dobra nara

i koles buja tam skad przyszedl czyli pod scianke bujac se bioderkami w takt bum – bum – bum – bumbumbum z piwkiem w ronsi i co 15 sekund zaczesujac wloski do tylu jak jakis nieudanie podrobiony travolta z saturday nite live, banan na ryju i wogle jest fajnie.

nowe foty

1 komentarz

ratownik_sm.JPG

galeria kilku fotek znad morza i inne>>>>>

PS.: jakos mi one nie wygladaja dobrze ktos wykumany w przetwarzaniu fotek niech mi powie czego nie robie jak trzeba a robie tak: w acdsee – autopoziomy, poziomy -> kontrast, kadrowanie, resize, 256 kolorow i tyle.


  • RSS