maras blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2002

w amerykanskiej tv pokazuja jeden serial (zajebisty zreszta), nazywa sie Six Feet Under, i charakterystyczne w nim jest to, ze kazdy odcinek zaczyna sie od smierci glownego bohatera.

co to ma wspolnego z relacja z podrozy? to, ze na samym jej poczatku moja kochana, madra i przezorna towarzyszka zostawila paszport w pierwszym lepszym autobusie. trzeba jechac do mexico city (czyli nie zmieniamy przewidzianej trasy) do ambasady i wydebic od nich jakis papierek zezwalajacy na przekroczenie granicy – do gwatemali, i z powrotem do usa (to drugie zdaje sie nie bedzie proste). no ale to bedzie za jakis czas, przynajmniej mamy jakis cel. dziwic moze moj ekstremalny stoicyzm rozkladajacy na lopatki nawet jana kochanowskiego no ale mnie nic nie ruszy po tym jak J ukradli aparat, komore, a potem karte bankowa z 400$ na koncie i PINEM TRZYMANYM RAZEM Z KARTA. powstrzymam sie od komentarza yo. takie osoby powinno sie od razu deportowac i mozliwe ze tak sie skonczy jazda J po meksyku – a powinniscie zobaczyc tutejsze laski – duzy zwieszony jezor :PPPPPPP

na razie tyle, na do widzenia kilka szybkich faktow: zatkalismy jeden kibel (waskie rury – trzeba wrzucac papier do koszy – raj dla koprofilow), wywolalismy (sama swoja obecnoscia) jedna bojke w knajpie, dostalem jednego duzego wkurwa na swieta tradycyjna meksykanska opieszalosc.

tyle, do uslyszenia jutro z zajebistego wielkiego Mexico City

w droge

4 komentarzy

za 4 godziny wsiade (we dwojke z J [chociaz juz myslelismy ze w trojke;]) w autobus greyhounda w kierunku granicy usa z meksykiem w el paso, te godziny dluza sie jak pieprzone 3 minuty nad testem ciazowym…
znasz takie uczucie – chce juz jechac, ale jakos nie moge sie zaczac pakowac, czuje jakby cos mnie tu trzymalo, jak dluzej o tym mysle to upraszcza sie to do podswiadomego strachu przed opuszczeniem oikos – domu?

kupilem gruby zeszyt i bede w nim pisal czwarty, prawdziwy – bo oparty na doswiadczeniu, rozdzial mojej pracy magisterskiej (jej tematem byla egzotyka).
bede w nim tez tlumaczyl No More Prisons, ksiazke o wszystkim (nie tylko przemysle wiezienniczym jak w tytule): miejskiej egzystencji, niezaleznej (auto)edukacji, przywodztwie w hiphopie i organizowaniu spolecznosci lokalnych, graffiti, jezdzeniu autostopem, amerykanskich gettach i kilku innych, waznych w/g mnie rzeczach.

do utrwalania ruchomych obrazkow z meksyku i gwatemali mamy kamere cyfrowa – mala a cieszy.
a fotki na cyfraku Barta – dzieki stary za wszystko!

>>>>>promo tlumaczenia No More Prisons>>>>>

(na dniach znaczy na dniach a nie miesiacach;)))

dzisiejsza codziennosc: jedzenie, jazda na desce, picie, tv, internet, rzeczywistosc rowna sie banalnosc.

dostalem maila, ktory troche ja zaburzyl.
przyszedl jakby z innego swiata. napisal do mnie przyjaciel, ktorego dawno nie widzialem i jeszcze jakis czas nie zobacze. moja mysl po przeczytaniu pierwszych linijek: brzmi naiwnie, jak napisane przez pietnastolatka, poza tym dlugie jak cholera. wyszedlem z domu plawic sie w dzisiejszej codziennosci.
po powrocie, zmeczony a wiec bardziej sklonny do skupienia, mniej rozmieniony na drobne codziennosci, przeczytalem caly list.

chwila – pomyslalem – ten glos brzmi prawdziwie. szczerze i odwaznie. zawstydza mnie. w skrocie: moj przyjaciel doszedl do sedna ZEN. doszedl wlasna sciezka, nie przez czytanie modnych ksiazek o wschodnich religiach, tylko opierajac swoja droge na wlasnych doswiadczeniach otworzyl sie na nowy system, ktory we wszystkich podstawach jest zaskakujaco zbiezny z filozofia zen (ktora ja znam z modnych ksiazek o wschodnich religiach).

to wszystko zbilo mnie z tropu w dobrym kierunku, z dala od tego co mam, co bede mial, co zrobie, i jak fajnym w Twoich oczach mnie to uczyni. zadaje sobie kilka pytan, ktore rownie dobrze moga odnosic sie do Ciebie:

co moge zrobic dla innych? czego moge sie od nich nauczyc? jak cieszyc sie z prostego faktu zycia? jak nie narzekac na nieistotne fakty? jak pozbyc sie destruktywnego cynizmu? jak chociaz troche – lokalnie – zmienic zgubny kierunek, w ktorym nasze spoleczenstwo podaza jak leming? jak uciec od natretnego nawyku konsumpcji?

wiem, ze mozesz powiedziec: „pierdole cie.” ok. nie moge sie ugryzc w jezyk dostatecznie mocno, zeby nie powiedziec, ze w nastepnym wcieleniu (w/g modnych ksiazek o wschodnich religiach) bedziesz co najwyzej zuczkiem lezacym na plecach i przebierajacymi nozkami, a Twoje dzieci beda zyly w jeszcze bardziej egoistycznych czasach, niz obecne.

zamiast komentowac pomysl, zaplanuj, zrob (powoli a pewnie do celu jak mawia moj znajomy goral), nie chwal sie nikomu dopoki nie skonczysz, a jak nam sie uda to sie spotkamy – online, czy offline, i to wcale nie w niebie ;)).

to_zrobil_maras.JPG

Untitled.txt

6 komentarzy

|||them spooky movies|||

wczoraj obejrzalem mulholland drive i co, zrylo mi beret. w wypozyczalni, z ktorej go wzialem ten film jest w sekcji ‚action’ (bo ciezko byloby robic osobna sekcje ‚lynch’), ale ja bym to spokojnie wrzucil do horrorow, bo to drugi film ktory mnie normalnie przestraszyl. ciekawe, ze pierwszy film, ktory mnie w zyciu przestraszyl – blair witch project – obejrzalem 3 lata temu w tym samym miejscu i zaraz po obejrzeniu obu szedlem przez jedno z dwoch miejsc, ktore mnie w zyciu przestraszyly – tu o nich pisalem. dobra, dosyc bo sie pozapetlalem w czasofikcjoprzestrzeni.
ps: zapomnialem wspomniec ze jakby obciac film o ostatnie 25% byloby pieknie bo koncowa jest na maksa pojebana i wrazenie jest takie ze ogolnie za duzo schizowania na raz.

|||parapet na kolkach|||

jak atorytatywnie stwierdza podtytul, longboard jest idealnym polaczeniem skate- ze snowboardem, spedzilem z nim godzine na parkingu pod supermarketem [dygresja: po co amerykanskie parkingi sa oswietlone w nocy skoro w/g prawa obowiazuje zakaz parkowania? dla boarderow i policji]. jak kazdy praworeczny koszykarz, mam mocniejsza lewa noge a ze jestem regularny to trzeba troche bedzie popracowac nad druga, niewymieniona konczyna. jeden pedal z supermarketu nazwal moj pojazd womens board po czym wsiadl do swojego supermeskiego trucka i odjechal do macholandii a ja w miedzyczasie wykumalem front/back graby i stwierdzilem ze sie z nim zakoleguje (z boardem nie pedalem).

||dwa zboczenia|||

bedac w ojczyznie komiksow wylapuje ciekawsze rzeczy – ostatnim razem byla zajawa na optic nerve z niesamowitymi historiami a la one and only optic nerve :P, a wczoraj lyknalem genialny graficznie x-men uncanny. kreska, swiatlocien, design – two fucked up big ones up!!

jest jeszcze jedna perelka, ktora wylowilismy w trojke na hbo, perelka produkcji australijskiej: nazywa sie „penis pupeteers” (?penismarionetkarze?). jest to duze show zbierajace w ojczyznie ludzi-na-maksa-zdystansowanych-do-narzadow-plciowych duza publicznosc, a polegajace na tym, ze penismarionetkarz z duza pompa (w obu znaczeniach) i majkiem na statywie (bo obie rece ma zajete) robi rozne cuda ze swoim czlonkiem, na przyklad „a teraz zaprezentuje Panstwu hamburgera”, bierze jadra, przekreca je w uklad wertykalny, pomiedzy zawija fiuta, lapie calosc tak jak hamburgera i zrobione. na poczatku nie bralem kolesi powaznie, ale po tym jak pokazali wieze eiffela, oraz gwozdz programu – piskle domagajace sie pokarmu, bylem pelen szacunku do tej sztuki, ktora w stopniu zaawansowania technicznego dorownuje japonskiemu teatrowi cieni. linku nie podaje, ale zainteresowanych informuje, ze w australii prowadzone sa kursy penis puppeteeringu.

tyle, w najblizszym miesiacu bede mial duzo historii do opowiedzenia

kupilem 5 funtow marchewki (jak mawia pan Tadziu od niezaleznej dystrybucji warzyw na przyczepie z traktorem), bo to najzdrowsze, co mozna dostac w supermarkecie Safeway we Fraser, CO, pogryzam ja i mysle se sam do siebie: „to niegramatyczne otwarcie paragrafu i ten Tadek nieuchronnie zapowiadaja jakies porownania ziomkow tutejszych z naszymi, doktorku.”

zostawmy pana Tadka z traktorem i Mr. Cecila, lokalnego kowboja z osemka dzieci, akcentem milszym dla ucha od efektu wow-wow i zniszczonymi rekami, poczciwi to ludzie obaj i zawsze bede po ich stronie, skupmy sie na prawdziwym wrogu – bialej klasie sredniej.

wiec biore wszystkich przecietnych bialych srednioklasowych Amerykanow, ktorych spotkalem tutaj, mieszam ich i syntetyzuje w obraz Prawdziwego Yankee, a spokojnie sie moge o to pokusic, bo tu, w gorskim kurorcie, mialem stycznosc z mieszkancami wszystkich stanow w obrebie kwadratu California-Waszyngton-NY-Floryda, tak wiec Fraser, CO jest idealnym laboratorium do obsewacji choroby zwanej AmericanDreamittis [a robie to wszystko wiedzac o smiertelnym niebezpieczenstwie wynikajacym z igrania z generalizacjami].

OK, na pierwszy front idzie jezyk – to, co odroznia ludzi od zwierzat, a takze Nas od Nich. to, co mozna zauwazyc w amerykanskim angielskim to niesamowity nacisk na komunikatywnosc i informatywnosc, a co za tym idzie – po pierwsze, wyrazny przerost wszelkich zwrotow rodzajowych w stylu ‚howdy’, ‚betcha’, i calych zlepek tego typu gadek, ktore niewiele znacza, a potrafia osiagac monstrualne rozmiary 3 lub 4-krotnej obustronnej wymiany zdan, po czym dopiero nastepuje jakas konkretna komunikacja, ktora najczesciej polega na wymianie faktow. po drugie, taka charakterystyka jezyka pociaga za soba kurewska powierzchownosc, a takze znaczny deficyt uczuc w jezyku. ten brak emocji w jezyku ma dobre strony – Amerykanie sa najbardziej asertywnym narodem swiata, i wydaje sie ze wlasnie dlatego, ze oni po prostu wyrzucaja z siebie komunikaty, dzieki czemu nie szczypia sie z powiedzeniem czegokolwiek.

druga rzecz to cos, co mozna nazwac organizacja spoleczna – zastanawialem sie, co trzyma do kupy caly ten burdel zwany USA? po jakims czasie przebywania tutaj uderzyl mnie fakt, ze ci ludzie bardziej trzymaja sie przepisow i nakazow (nawet najdrobniejszych i najglupszych w stylu „w miejscach publicznych w Kalifornii nalezy nosic koszulke i buty”), niz jakakolwiek inna nacja swiata, jakiej doswiadczylem – bardziej niz Polacy, Ukraincy, czy Rosjanie, ktorych pamietam z czasow przed 1989 rokiem, cholera, nawet ordnung-mus-sein Niemcy zdaja sie bardziej wykladac lache na to, co, jak i gdzie sie powinno, a co nie. wiec co trzyma Amerykanow w ryzach? strach. strach przed pozwaniem do sadu za byle co (np. „poslizgnalem sie na podlodze i zlamalem noge, a nie bylo zoltego znaku ‚mokra podloga’ – do zo w sadzie, bejbi”), co rowna sie pare tysiecy $ do tylu, strach przed wiezieniem, ktore jest tu bardzo realna pespektywa (znam tu kilkanascie osob, ktore byly w wiezieniu za jakies bzdety, za ktore w Polszy grozi najwyzej kolegium), niech zacytuje Amerykanina Upskiego Wimsatta z No More Prisons:

„Czy zauwazyliscie, ze coraz wiecej waszych znajomych siedzi w wiezieniu za drobne przewinienia? Chcecie wiedziec dlaczego? Bo przemysl wiezienniczy od 1980 roku rozwinal sie czterokrotnie. Czterokrotnie. Wedlug Federalnego Biura Statystyk Penitencjarnych, w 1980 roku pozbawionych wolnosci w USA bylo niecale pol miliona osob. Teraz jest ich blisko dwa miliony. [...] Wedlug Raportu o Przestepczosci sporzadzanym przez FBI, ilosc przestepstw z uzyciem przemocy spadla o 18% w porownaniu z rokiem 1980. [...] Wiezienia to interes wart 100 miliardow dolarow.”

w dodatku policjant nie jest czyms takim, jak w Polsce – urzednikiem, ktory grozi palcem, z ktorym mozna sie spierac o swoje racje, ktorego w wiekszosci przypadkow zlewasz. wiem, wiem, zaraz ziomy mnie zbluzgaja ze jestem lalusiem i nigdy menda mi nie siadla na beret – nieprawda, ale przez kontrast z tym, co jest tutaj widze, ze w Polsce, czy Europie ogolnie nie jest najgorzej, bo tutejsze pigs SA PRAWEM. jesli nie pasujesz do Amerykanskiego Standardu Zachowania – czyli np. nie poruszasz sie samochodem, lecz pieszo, albo na stopa, albo nie poruszasz sie skads dokads w danym momencie, oni podchodza do ciebie i mowia, zebys sie gonil jak nie chcesz isc profilaktycznie do aresztu. ta paranoja grozi nie tylko od strony straznikow prawa, jakiekolwiek zachowanie odbiegajace od ‚normy’ karane jest zdziwionymi spojrzeniami ucisnietych-i-nawet-se-z-tego-niezdajacych-sprawy-jankesow.

no dobra, chcecie przykladow? i tutaj przechodzimy do nastepnego punktu, czyli stajlu. z calym szacunkiem do niektorych jednostek z wielkich miast, ktore maja moj respekt za kreatywnosc w ubieraniu sie, srednia krajowa to ciuchy z Gapa, te same kolory i kroje, do rzygu wszystko nudne, ja wyskakuje na ulice zwalczac to gowno jak moge swoja pojechana estetyka jesli chodzi o kolorki glownie, no i jestem omijany z daleka jak mieszanka Charlesa Mansona z Davidem Koreshem, i slysze teksty w stylu „wyszedles dzis na miasto w pizamie czy co?” Jestem do tego przyzwyczajony z kraju i zlewam, ale to jest pojebane, bo political correctness dalej siedzi Amerykanom w glowach i jesli widza kolesia z dziesiecioma kolczykami w twarzy to jest OK, bo to jest zatwierdzone przez swieta telewizje. niedopuszczalna jest INNOSC. Najgorsze jest to, ze na tutejsze zarobki ciuchy nie sa drogie, ale Prawdziwy Yankee nie ma za grosz kreatywnosci ani poczucia stajlu, nawet ci, ktorzy wbijaja sie w Ecko i cala reszte najlepszego gowna nie potrafia tego laczyc i wygladaja jak lambadziarze.

dobra, styka, to kilka rzeczy, ktore zauwazylem i rozwinalem w rozmowach z J, na koniec chce podkreslic, ze jakkoliwiek te wszystkie porownania brzmialy na niekorzysc Amerykanow, nie twierdze, ze my, albo np. nasz jezyk, itd. jest lepszy w odroznieniu od zlego amerykanskiego jezyka, itd, itp. tez mamy w Polsce pare naprawde gupich i zlych rzeczy i dlatego nie jest moim celem przypisywanie komukolwiek binarnych wartosci ‚ZLY’ lub ‚DOBRY’, chce na to wszystko po prostu patrzec a nie oceniac, tak mi dopomoz stary dobry bog.

* fragment z dzisiejszej rozmowy z pewnym Brazylijczykiem:
ja: co wiesz o Polsce?
on: hmmmm… w sumie niewiele, wiem ze Hitler byl Polakiem.

** krotka pilka: napisalem do Billyego Upskiego Wimsatta ze zajarala mnie jego xiazka i fajno by bylo ja przerzucic na Polski a koles odpowiada mi 2 linijkami w stylu: byloby zajebiscie, masz moje pozwolenie, zapodaj mi link jak to zrzucisz. zadnego jebania sie z prawami autorskimi, gadania o szmalu – niezaleznosc – jestem w szoku. dlatego ponawiam postulat: jebac was tv & publishing industry motherfuckers (cytat z w/w xiazki). tak wiec zabieram ze soba No More Prisons w podroz do Mexyku i Gwatemali i powtarzam se ze nie spierdole sprawy i tlumaczenie bedzie conajmniej tak samo dobre jak oryginal (no bez przesad, lepsze nie bedzie, chociaz slyszalem opinie ludzi siedzacych gleboko w translatorskim gownie, ze niektore z polskich tlumaczen liteatury amerykanskiej sa faktycznie LEPSZE od oryginalow).

*** za jakies 10 dni bede z J w Mexico City, beda fotki z cyfraka odziedziczonego po bArcie, beda hc relacje i wogle.

misc

5 komentarzy

wakacje sie zblizaja (za 10 dni) i jakies wybory i rozstaje drog na horyzoncie sie pojawily – maj nigga zaplakal za polska i odbija raczej na wschod niz na poludnie.
rura mi zmiekla na momencik jak sie okazalo, ze na Kube taniej jest poleciec z Denver przez Prage (sic!) niz przez Mexico City – whatdafuck!!?!? wiec zamienilismy z J Kube na Meksyk + Gwatemale – ponoc jedno z najbardziej imprezowych miejsc w ameryce, reszta planow pozostaje nietknieta.
poza tym wyzej wymieniony wciagnal No More Prisons za jednym posiedzeniem co dobrze wrozy xiazce, po wakacjach bedac w SanFran sie w nia wgryzam, a teraz rownolegle z tym wpisem redaguje list do autora.
odczuwam rozwalke wiosenna charakteryzujaca sie ekscytacja mieszana z sennoscia, brakiem witamin, zapominaniem slow oraz alergia na snieg, ktory tu potrafi spasc rano, stopniec, pozniej zostawic troche miejsca na slonce i cieplo, i potem jeszcze raz od nowa ze 2 razy. no nie no, nie bede wiecej nawijal o pogodzie (ani jednym ani drugiej :PPP), powiem za to ze mialem ostatnio chwile czasu poczytac blogi i czuje sie zmuszony krzyknac whatsup do jednego prawdziwie groznego sukinsyna w dyscyplinie szermierki slownej: http://mahdi.blog.pl/

370 dni

1 komentarz

sie nie obejrzalem i minal rok (i tydzien) egzystencji mojej na blogu podsumowania? skonczylem z wszelkiej masci szkolami i to chyba najwiekszy strzal do przodu najbardziej uwalniajacy od gowna i klapek na oczach (chociaz nie mowie ze nienawidzilem szkol w ktorych trawilem czas; zmiana polega na tym ze teraz ucze sie tego co chce jak chce i sam wyznaczam tempo)

welcome to the University of Planet Earth


  • RSS